Witajcie w klubie. Historia techno - recenzja filmu

Narodziny techno to skomplikowany temat - masa ważnych elementów wymieszanych w kotle brudnego Detroit a potem przemielona przez niemiecką prasę hydrauliczną sprawiły, że techno to nie tylko muzyka, ale i pewien rodzaj ideologii polegającej na ucieczce od tego, co łatwe miłe i popularne. Muzyka ucieka od taniego efekciarstwa, nie dopuszcza tego, co łatwe i przyjemne. Natomiast imprezy to raczej ascetyczny klimat gołych ceglanych ścian niż blichtr i przepych modnych klubów dla bogatej młodzieży. 


Francuscy twórcy postanowili stworzyć film, który opisywałby to zjawisko. Reżyser Dimitri Pailhe postanowił w 53 minuty opowiedzieć o wszystkich wydarzeniach, które przyczyniły się do powstania ogromnej społeczności i wyłonienia zupełnie nowego gatunku.

Dobre złego początki

Zaczyna się całkiem pozytywnie. Zaczyna się z grubej rury: słyszymy o Kevinie Saundersonie, Derrick’u May’u, Juanie Atkinsie oraz Jeffie Millsie. Oraz o ich inspiracjach Kraftwerkiem. Nawet są krótkie wypowiedzi Sundersona i Atkinsa.

Niestety im dalej w las tym gorzej. O scenie w Detroit narrator mówi tylko tyle, że z niej pochodzą wyżej wymienieni artyści. Berlin, będący mekką pokazany też jest dość pobieżnie. Mamy kilka krótkich wypowiedzi Dimitriego Hegemanna - założyciela Tresora. Mamy kilka wypowiedzi Ellen Alien, oraz wspomniana jest wytwórnia Kompakt. No i chwilkę o Berghain.

Francja, Paryż…

O ile tak ważne ośrodki jak Berlin czy Detroit są pokazane bardzo pobieżnie to skupiono się mocno na Paryżu. Zdecydowanie więcej niż o Berg czasu poświęcono np. grupie Daft Punk. Takie postacie jak Hawtin czy Villalobos wspominani są jedynie epizodycznie. O tak ważnych miejscach jak Fabric nie ma ani słowa.

Film mógłby być czymś więcej, ale niestety potraktowano temat bardzo pobieżnie. Zamiast skupić się na mekce fanów techno jaką jest Berlin, wspomnieć choćby słowem o ważnych wydawnictwach Hawtina czy Millsa, o tym jak muzyka tych ludzi zaczynała przesiąkać do mainstreemu jaki miała na niego wpływ za to mamy obraz francuskiej sceny.

Wisienką na torcie jest fakt, że słowem nie wspomniano Love Parade. Gigantyczne wydarzenie, które miało niesamowity wpływ na to, co dziś możemy usłyszeć w klubach nie jest nawet wspomniane.

Podsumowanie

Na koniec pozostaje pytanie: czy polecam ten film? Szczerze to nie mogę z czystym sercem polecić. Nie ma tam w zasadzie nic, co byłoby jawnym kłamstwem, ale z drugiej strony nie można powiedzieć, że pokazuje wydarzenia wiernie.

(c) Witajcie w klubie - Historia Techno reż. Dimitri Pailhe
Kategoria
Powiązane